Tajemnice ratuszowego zegara

Kazimierz Urban dogląda mechanizmu zegara. Fot Zdzisław Piaskowski

Żeby zobaczyć mechanizm mrągowskiego zegara ratuszowego, trzeba się wspiąć po skrzypiących i stromych, jak drabina, schodach ratuszowej wieży, zrobić kilka wygibasów pomiędzy drewnianymi belkami i już na samej górze wcisnąć się w kąt, by zrobić miejsce dla otwieranych drewnianych drzwiczek, osłaniających serce mechanizmu. Na taką wycieczkę nie ma biletu. Niemożliwe jest zakłócanie spokoju władcy mrągowskiego czasu. Ale dziś, wyjątkowo, jego opiekun zgodził się uchylić rąbka tajemnicy, zaczarowanej w kołach zębatych, w stalowych linach, w ciężkich metalowych obciążnikach i w drewnianym wahadle.


Ten zegar, to niemiecka powojenna mechaniczna konstrukcja, napędzana trzema obciążnikami. Każdy ma po około 100 kilogramów – mówi zegarmistrz i jego opiekun jednocześnie, Kazimierz Urban. – Raz w tygodniu nakręcam korbą każdy obciążnik z osobna. Ten największy i najważniejszy napędza mechanizm główny, drugi jest od wybijania kwadransów, a trzeci od wybijania godzin. Zawsze, pierwsze bicie zegara, czyli jeden wysoki ton gongu, jest piętnaście minut po każdej pełnej godzinie. Po następnych piętnastu minutach, czyli 30 minut po każdej pełnej godzinie zegar bije dwa razy, a w trzy kwadranse po każdej pełnej godzinie bije trzy razy. Niższy ton gongu wybija pełne godziny w systemie dwunastogodzinnym. I tak na przykład, zegar bije dwa razy o godzinie drugiej w nocy i dwa razy o godzinie czternastej, trzy razy o trzeciej i o piętnastej i tak dalej. Jak już powiedziałem, całe to urządzenie, jest mechaniczną konstrukcją i precyzja jego działania zależy od pory roku, czyli od wilgotności powietrza i temperatury. Jeśli wilgotność jest większa, to drewniane elementy się wydłużają, a jeśli jest sucho i temperatura wyższa, to z kolei wydłużają się metalowe elementy, a wysychają i kurczą się drewniane. Dlatego częstotliwość „tykania” wahadła może być różna. W zależności od aury, zegar może się spóźnić lub przyśpieszyć do pięciu minut w tygodniu. Ale ja jestem od tego, żeby to korygować. Między innymi, za to otrzymuję wynagrodzenie z urzędu miasta. Najgorzej jest w zimę, kiedy lepki śnieg zakryje tarczę zegarową. Może wtedy zablokować wskazówki. Tego też muszę pilnować. Jestem przywiązany do zegara i nie mogę wyjechać na dłuższy urlop, ale nie narzekam, bo kocham tę robotę.

Przestrzeń lin zegarowych i obciążników. Fot. Zdzisław Piaskowski

Kazimierz Urban jest z wykształcenia zegarmistrzem. Ukończył Zasadniczą Szkołę Zawodową w Piszu i, jak mówi – To nie jest tylko moja praca, ale też moje hobby. Zawsze się dokształcałem. Przeczytałem wiele książek o zegarach, o ich mechanizmach i o historii zegarów. Przewertowałem też podręczniki na temat ich budowy i praktycznych porad dotyczących sposobów ich naprawy. Zresztą, podstawy mam ze szkoły. Chodziłem do klasy wielobranżowej w szkole zawodowej, a praktykę miałem przez pierwsze dwa lata u prawdziwego zegarmistrza. W trzeciej klasie zawodówki nie chodziłem już do szkoły, tylko pracowałem, jak normalny pracownik, w zakładzie zegarmistrzowskim. W konsekwencji, po trzech latach nauki, zdałem egzamin czeladniczy w Białymstoku. Wtedy to była szkoła! Teraz takich już niema.

Po ukończeniu szkoły pan Kazimierz przez trzy lata prowadził zakład zegarmistrzowski w Mikołajkach. – W 1980 roku przeprowadziłem się do Mrągowa, gdzie podjąłem pracę zegarmistrza w Spółdzielni „Mazury”. Tam pracowałem 11 lat. Na przełomie lat 80. i 90. XX wieku zegarmistrzostwo zaczęło upadać i tym samym skończyła się moja przygoda z zakładami zegarmistrzowskimi. Od tej pory ludzie już nie naprawiają, tylko kupują nowe rzeczy, wyprodukowane taśmowo w fabrykach. Ale moja pasja pozostała. Został też ratuszowy zegar i ja go doglądam – powiedział na zakończenie i uśmiechnął się z ufnością, że nikt nie zamieni ratuszowego zegara mechanicznego na elektroniczny.

Zdzisław Piaskowski

MASZ CIEKAWĄ INFORMACJĘ, ZROBIŁEŚ ZDJĘCIE ALBO WIDEO?
Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego?
PRZEŚLIJ WIADOMOŚĆ NA: redakcja@nowiny24.net