Poznajemy własną historię. Czytelniczka po latach powraca na łamy „Nowin”

Leonard Turkowski słynnym Mikrusem zawiózł uczennice na praktyki do szkoły w Wegorytach. Potem powstał o tym artykuł do dawnych „Nowin Północnych”. Fot. archiwum

Na naszego redakcyjnego maila przyszła wiadomość od p. Marii Spodyniuk. Zaciekawieni odezwaliśmy się do naszej Czytelniczki i… uważamy, że to był słuszny krok. Pierwszego spotkania nie było sensu odwlekać, tym bardziej, że okazało się, iż mieszkamy po sąsiedzku. Pani Maria miała już przygotowane „relikwie” w postaci pożółkłych dawnych „Nowin Północnych”. Ba, na ławie leżał też egzemplarz „Wiadomości Bartoszyckich”, które ukazywały się zanim pojawiły się „Nowiny”.


Czy wasza gazeta ma tytuł taki jak to pismo z lat pięćdziesiątych? Mam jego fragmenty, ponieważ w jednym z numerów był artykuł o mnie i mojej koleżance, kiedy byłyśmy na praktyce nauczycielskiej. Zachowałam to sobie na pamiątkę

KRÓTKI RYS HISTORYCZNY
Czasopismo, którego historię dziś piszemy od nowa, wychodziło w latach 1959-60 jako kontynuacja dwutygodnika „Wiadomości Bartoszyckie”, z tym, że „Nowiny Północne” miały większy zasięg. Ukazywały się także w powiatach kętrzyńskim i węgorzewskim, ale często sięgały też po tematy z terenu Braniewa i Lidzbarka Warmińskiego. Pierwszy numer „Nowin” pojawił się 22 lutego 1959 roku, a gazeta była wtedy tygodnikiem. Po kilku numerach jednak redakcja przestawiła się na cykl dwutygodniowy i tak już zostało. Ostatni – siedemdziesiąty piąty – wyszedł 1 czerwca 1960 roku. Dopiero po blisko sześćdziesięciu latach „Nowiny Północne” zostały wskrzeszone.

Nazwa gazety „Nowiny Północne” jest ze mną od lat osiemdziesiątych, kiedy jako dziecko zastanawiałem się dlaczego w Bartoszycach nie ma gazety. Jako kilkuletni chłopak miałem takie dylematy — śmieje się Tomasz Miroński, redaktor naczelny obecnych „Nowin”. — Jak zawsze w takich sytuacjach moje problemy próbowała rozwiązać moja mama. Powiedziała, że kiedy ona była dzieckiem to Bartoszyce miały swoją gazetę. Nazywała się właśnie „Nowiny Północne”. Ta nazwa bardzo mi się spodobała. Nowiny doskonale podkreślają charakter naszej gazety, drugi człon nazwy podkreśla nasze miejsce na ziemi. Kiedy po kilkunastu latach pracy w różnych mediach, postanowiłem pójść swoją dziennikarską drogą, nie miałem wątpliwości jak będzie nazywać się moja gazeta.

Artykuł „Prawie nauczycielki” ukazał się w jednym z ostatnich numerów dawnych „Nowin Północnych” z dn. 16 kwietnia 1960 roku. Po sześćdziesięciu latach Pani Maria powróciła na łamy tego tytułu.

PAN POETA-NAUCZYCIEL
Skład redakcyjny dawnych „Nowin Północnych” tworzyli m.in. Jan Żabiński, Jan Liberna, Kazimierz Borowicz oraz Leonard Turkowski i Jerzy Korkozowicz. Przynajmniej dwaj ostatni panowie byli związani z Państwowym Liceum Pedagogicznym w Bartoszycach, w którym uczennicą była nasza Czytelniczka (wtedy jeszcze pod panieńskim nazwiskiem – Gawerska).

Pani Maria była też bohaterką artykułu „Prawie nauczycielki” autorstwa Leonarda Turkowskiego. Artykuł ten ukazał się w jednym z ostatnich numerów „Nowin Północnych”. Opowiadał o dwóch młodych nauczycielkach, które odbywały praktyki w szkole w Węgorytach. — Pamiętam, że Turkowski osobiście zawiózł nas tam Mikrusem, którego dostał w nagrodę za swoją twórczość — wspomina pani Maria. Wraz z nią lekcje prowadziła wtedy Irena Rochaczewska, wychowanka domu dziecka w Bartoszycach. — Chodziłyśmy do innych klas i nie znam jej dalszych losów — mówi nasza Czytelniczka.

Z Turkowskim nie miałam wiele zajęć, ale pamiętam go z dobrej strony — wspomina pani Maria. — Miałam świadomość, że działał w partii (Turkowski był członkiem PZPR – dop. red.), ale akurat on nikomu nie narzucał swoich poglądów. Zresztą w naszej szkole działała grupa nauczycieli niezaangażowanych politycznie. Nie odczuwaliśmy żadnych nacisków z ich strony czy ze strony partii.

Partia nie mieszała się w życie szkoły. W tamtym okresie lekcje religii odbywały się w szkolnych ławkach, tyle że po zakończonych zajęciach. — Tyle się o tym teraz mówi, ale ja na świadectwie z 1957 roku też mam ocenę z religii — uśmiecha się nasza rozmówczyni.

LOS JAK KAŻDY INNY?
Pani Maria nie ukrywa swojego zamiłowania do gazet i kolekcjonowania najciekawszych artykułów. Do dziś kupuje gazety i przyznaje, że nadal znajduje w nich coś dla siebie. Na przykład limeryki o miejscowościach z powiatu kętrzyńskiego czy serię „Powiat kętrzyński dawniej i dziś”, z którego stworzyła własny album. — Zawsze kupowałam gazety, bo mogłam czerpać z nich dodatkową wiedzę. Szczególnie ceniłam sobie artykuły geograficzne, które wycinałam i kolekcjonowałam. Czasem wklejałam do zeszytu te artykuły i wtedy miałam większe chody u naszego geografa — wspomina pani Maria.

Jej los nie był łatwy, ale w czasach powojennej Polski mało który los taki był. Z Wileńszczyzny, skąd pochodziła jej rodzina, zaraz po wojnie wysiedlono blisko 150 tys. Polaków, którzy osiedlili się głównie na terenie Warmii i Mazur i Pomorzu. Rodzice pani Marii trafili do powiatu bartoszyckiego, chociaż przydział mieli na Wielkopolskę. — Nie mam pojęcia dlaczego tak się stało — mówi pani Maria. Najmłodsza latorośl z samej podróży w nieznane niewiele pamięta. Po trzech tygodniach tułaczki towarowymi wagonami familia Gawerskich osiedliła się na wsi i tak w Małej Szylinie pod Bartoszycami zamieszkało pięć spokrewnionych ze sobą rodzin. — Mój ojciec wybrał chatę pokrytą strzechą. Ale za to była elektryfikacja!

W 1955 roku Maria podjęła naukę w bartoszyckim liceum pedagogicznym, o czym już wiemy. Po maturze w 1960 roku młodziutka nauczycielka miała propozycję podjęcia pracy w Bajorach Wielkich koło Srokowa, ale tam wymogiem był język ukraiński. — Postawiłam wymóg, że chcę pracować w miejscu, gdzie będzie światło i niedaleko do kolei — śmieje się pani Maria. Ostatecznie wybrała pracę w Frączkowie koło Barcian, gdzie nauczała wszystkiego po trochu, za wyjątkiem śpiewu, ale i tu radziła sobie. — W szkole przygotowano nas do pracy w trudnych warunkach — wspomina. — W tamtych latach przedszkoli jeszcze nie było, dzieci do szkół przychodziły „surowe”. Naszym zadaniem było przygotowanie ich przez pierwsze tygodnie do nauki.

W szkole pani Maria uczyła rosyjskiego i geografii, obydwa przedmioty bardzo lubiła, a potem także historii, fizyki, chemii i zajęć praktycznych. — To był mój konik — wspomina rozbawiona pani Maria. — Musieliśmy sobie radzić w każdym przedmiocie. Umiałam np. obrabiać szkło, drewno i metale. Radziliśmy sobie z pismem ozdobnym, przygotowaniem papieru ozdobnego, szyciem i gotowaniem. Wszystkie te kwalifikacje zdobywaliśmy w liceum.

Praca w szkole była wielką pasją pani Marii. Po likwidacji szkoły w Frączkowie przeniosła się do Skandawy. W sumie nauczaniu poświęciła prawie pół wieku, a jej pedagogicznym śladem poszła też córka. Dziś pani Maria jest już na emeryturze i mimo kłopotów ze wzrokiem może się poświęcać swojej drugiej pasji – czytaniu. Dzięki niej odkryła na nowo „Nowiny”.

Marek Szymański
m.szymanski@nowiny24.net