Pani Alicja dzięki akcji krwiodawców dostała szansę na normalne życie

Zdjęcie ilustracyjne. Fot. JG/archiwum prywatne

Pani Alicja z Mrągowa mimo poważnych problemów ze zdrowiem skończyła germanistykę i przez wiele lat uczyła w szkole. Ból nie dawał jej spokoju, a lekarze, choć mieli możliwości, nie bardzo mogli kobiecie pomóc. W końcu sytuacja stała się nie do wytrzymania, w dodatku kiedy coś się zaczynało dziać to pojawił się koronawirus…


Problemy pani Alicji zaczęły się w zasadzie przy porodzie. Poród pośladkowy, nóżkami do przodu. To prawdopodobnie zaważyło, że bioderka noworodka nie wykształciły się prawidłowo. Mała Ala chodzić zaczęła dopiero kiedy miała około dwóch lat. Rodzice zauważyli, że coś jest nie tak, bo córka chodziła… krzywo. Już wcześniej jednak dziecko sporo czasu spędziło w szpitalu. Potem zapadła diagnoza: dysplazja stawu biodrowego. — Kiedy byłam mała nie było takich urządzeń jak dzisiaj. Dlatego chorobę potwierdzono dość późno, kiedy zaczęłam chodzić — wspomina pani Alicja.

WYMUSZONA EMIGRACJA
Nasza bohaterka jako dziewczynka dorastała w czasach PRL-u, więc trudno się dziwić, że tak topornie to wszystko szło. Na miejscu lekarze powiedzieli, że operacja ma sens przed 16. rokiem życia – inaczej dziewczyna będzie jeździć na wózku. Po konsultacjach w Warszawie świat się zawalił. — Usłyszałam tam, że niezależnie czy operacja się odbędzie czy nie – czeka mnie wózek inwalidzki.

Ojciec pani Alicji nie czekał na dalszy ciąg tej sytuacji. Na początku lat osiemdziesiątych wyemigrował na Zachód, by zarobić pieniądze na drogi zabieg, który mógłby postawić córkę – dosłownie – na nogi. Jeszcze przed upadkiem muru berlińskiego Alicja z mamą i siostrami dojechały do ojca. W Berlinie (wówczas jeszcze Zachodnim) miała pierwszą operację, podczas której nogę wciśnięto tak, by z tego biodra „nie wypadała”.

PROBLEM POWRÓCIŁ…
Przez 30 lat pani Alicja funkcjonowała w miarę normalnie. Pracowała w szkole jako nauczycielka języka niemieckiego. W ostatnim czasie jednak skutki swojej „ułomności” znów zaczęła odczuwać bardzo boleśnie. Życie stało się bardzo uciążliwe. Do pracy było coraz ciężej chodzić. — W pewnym momencie miałam już problem z poruszaniem się po domu — wspomina kobieta.

W końcu w roku ubiegłym trafiła do szpitala w Olsztynie pod opiekę dr Krzysztofa Bladowskiego. Dość szybko trafiła na stół operacyjny, gdzie udało się „naprawić” jedno biodro. — Wtedy usłyszałam, że zaraz będę musiała mieć kolejną operację na drugie biodro — mówi pani Alicja. W ciągu pół roku diagnoza potwierdziła się. Termin kolejnej operacji przepadł, ponieważ ogłoszono stan pandemii. — To był dla mnie cios. Okazało się, że nie będę miała operacji, ponieważ zamykają oddział.

Doniesienia o luzowaniu obostrzeń dawały nadzieję, ale termin zabiegu notorycznie oddalał się. — Byłam może trochę upierdliwa, ale z bólu nie mogłam wytrzymać. Wydzwaniałam do Olsztyna prawie codziennie, aż w końcu pojawiała się szansa.

PAN JACEK NA HORYZONCIE!
Pani Alicja mogła przystąpić do operacji, ale musiała znaleźć… krew. Rzadka grupa 0RH- mocno studziła nadzieje, lecz nie pozbawiła ich do końca. Na horyzoncie pojawił się Jacek Gajda, prezes mrągowskiego oddziału Honorowych Dawców Krwi, który ma spore osiągnięcia w krwiodawstwie. — Pan Jacek szybko przystąpił do działania. Z panem Pawłem Krasowskim nagrali filmik, w którym opowiedzieli moją historię i potem szybko się wszystko potoczyło — wspomina kobieta.

— Przeczytałem w mediach społecznościowych, że potrzebna jest krew dla mieszkanki Mrągowa, zadzwoniłem więc do pani Alicji, zapytałem ją czy mogę zorganizować taką akcję dla niej — mówi Jacek Gajda. — Pomagać trzeba każdemu, każdy człowiek zasługuje na naszą pomoc, nawet ten który nie jest nam przychylny, tak uważam. Bez względu na wyznanie religijne czy przynależność polityczną wszyscy jesteśmy ludźmi, dlatego musimy sobie pomagać. Krew to życie, a świadomości, że nasza krew, ratuje ludzie życie, bezcenna.
Akcja mrągowskich krwiodawców poniosła się po całym kraju. Okazało się, że nawet rzadką grupę można zorganizować. O ile oczywiście zaangażują się w to odpowiednie osoby.

— Pomagać trzeba każdemu — uważa Jacek Gajda. — Każdy człowiek zasługuje na naszą pomoc. Krwi nie da wyprodukować się w fabryce. Jedynym źródłem na pozyskanie tego życiodajnego płynu jest drugi człowiek. Od marca, odkąd panuje pandemia, dramatycznie spadło oddawanie krwi, banki krwi często są puste. A pani Alicja miała zaplanowany zabieg, który właśnie ze względu na pandemię został przesunięty. Okazało się, że brakuje rzadkiej grupy krwi, dlatego postanowiłem zachęcić mrągowian i nie tylko, żeby przyszli i oddali krew dla pani Alicji, by mogła przejść zabieg. Odzew naszych mieszkańców był jak zwykle spontaniczny.

MOBILIZACJA OBCYCH LUDZI
Dziś pani Alicja jest trzy miesiące po operacji, która odmieniła jej życie. Mrągowianka nie jest w stanie wymienić wszystkich, którzy jej pomogli, angażując się w akcję krwiodawców, chociaż dziękuje każdemu. Podkreśla, że bez akcji krwiodawców nadal by cierpiała. Sama doświadczyła, jak ważna jest ta mobilizacja. Miała też chyba trochę szczęścia, ponieważ mrągowscy krwiodawcy są bardzo aktywni i skuteczni. W tym roku, mimo utrudnień związanych z koronawirusem, zebrali już dużo ponad 200 litrów życiodajnego płynu. Jednak to wciąż za mało. Zapotrzebowanie na krew znacznie przekracza zaopatrzenie. Warto mieć to na uwadze, zwłaszcza, że w każdej chwili każdy z nas może jej potrzebować. Dobrze, że chociaż pani Alicji się udało.

Marek Szymański
m.szymanski@nowiny24.net


– Uratowaliśmy życie prawie dziewięciu tysiącom noworodków – mówi Jacek Gajda, prezes mrągowskiego oddziału HDK. Fot. archiwum prywatne

Jacek Gajda, prezes HDK w Mrągowie:
Od lipca 2015 roku jestem prezesem Klubu Honorowych Dawców Krwi w Mrągowie, a samą krew z przerwami oddaje od 1990 roku. Angażuje się w akcję poborów krwi oraz akcję rejestracji potencjalnych dawców szpiku kostnego i będę się zawsze w takie akcje angażował. Jeżeli udostępniam post w mediach społecznościowych o tym, że jest organizowana akcja poboru krwi i proszę o udostępnienie, to nie po to żeby dodać sobie splendoru czy popularności tylko po to żeby informacja dotarła do jak największej liczby osób, wtedy jest większa szansa, że przyjdzie więcej osób i odda honorowo krew. Od zawsze się zastanawiałam dlaczego ludzie (nie wszyscy) nie chcą udostępniać postów o poborach krwi. Sytuacja się zmienia, jeżeli coś niedobrego wydarzy się wśród rodziny lub bliskich. Wtedy zaczyna się proszenie i pisanie, żeby ktoś oddał krew. Pomaga, moim zdaniem, każde zdjęcie w mediach społecznościowych z akcji poboru krwi, czy wywiad w gazecie to promocja krwiodawstwa, a nie lansowanie się. W życiu najważniejsze to być ludzkim a nie ważnym.

W Barcianach krew oddaje też wójt Marta Kamińska. Fot. archiwum PSG w Barcianach

Marta Kamińska, wójt gminy Barciany:
W ubiegłym miesiącu oddałam krew po raz pierwszy – podczas akcji poboru zorganizowanej w Barcianach. Obawiałam się, że po oddaniu będę źle się czuła, ale oprócz lekkich zawrotów głowy po zejściu z fotela nie zaobserwowałam u siebie żadnych skutków ubocznych. A może jeden – cieszyłam się jak dziecko – i czułam i nadal czuję ogromną dumę!

Krwi nie można sztucznie wyprodukować, dlatego bardzo ważne jest dzielenie się tą cząstką siebie z drugim człowiekiem. Ten gest może uratować komuś życie, dlatego gorąco zachęcam osoby, które nie oddawały jeszcze krwi, a mogą to zrobić, aby nie zwlekały i podzieliły się życiodajnym płynem. Satysfakcja gwarantowana!