Ze wspomnień pana Stanisława: Katyńska wyprawa

Yamahę 650 Dragstar pan Stanisław kupił w 2002 roku Dwa lata później pojechał na niej w swój pierwszy poważny wyjazd do Katynia. Fot. archiwum Stanisława Huszczy

Stanisław Huszcza prowadzi od lat duży hotel w Mrągowie. Jego hobby to stare motocykle. Ma ich w kolekcji kilkanaście. Swój pierwszy motocykl kupił w 1966 roku. Potem miał kilka innych, czasem nie miał żadnego. W 2002 roku kupił nową Yamahę 650 Dragstar, a po dwóch latach pojechał nią na swój pierwszy poważny wyjazd do Katynia.



Moi rodzice prowadzili gospodarstwo rolne w Szumsku na Wileńszczyźnie, 24 kilometry na wschód od Wilna – wspomina pan Stanisław. – W marcu 1946 roku wszystko zostawili i przyjechali z grupą repatriantów do Polski, do Szczerbowa koło Mrągowa. Na Litwie został mój dziadek, Michał, i brat mojego ojca, Jan. Jan nie chciał pracować w kołchozie i za to siedział półtora roku w więzieniu. Jak stamtąd wyszedł, to poszedł do pracy na kolei w Wilnie.

Dziadek miał na Wileńszczyźnie duże gospodarstwo i wielki sad. Kiedy nastała władza radziecka, zostawili mu tylko półtora hektara, w tym sad. Ale, co to był za sad?! 100 drzewek wykarczowali mu „stalińcem”. Pozostawili tylko 20, żeby „burżuj” poczuł radziecką władzę nad sobą.

Dziadek z babcią przyjechali do Polski w 1954 roku, tylko na urlop, ale już do Związku Radzieckiego nigdy nie wrócili. Było z tym trochę kłopotu. Dlatego musieli jeździć z moimi rodzicami do Warszawy i tam podpisywali jakieś dokumenty. – Wiem, że na pewno rodzice podpisali oświadczenie, że w razie potrzeby pokryją koszty leczenia dziadków – wspomina Huszcza. – Kiedy moi rodzice przyjechali do Szczerbowa i tam zamieszkali, ojciec podjął pracę w stolarni, w Mrągowie, koło dzisiejszych „Delikatesów”, przy ulicy Królewieckiej. Od razu po przyjeździe, założył kapelę. Ojciec Stanisława dobrze grał na akordeonie, ale w 1947 r. przyszli do ich domu w Szczerbowie bandyci, w biały dzień, i ich okradli. Zabrali też akordeon. Ojciec był jednak uparty i grał jeszcze przez całe lata w zespole, w mrągowskim Młodzieżowym Domu Kultury.

Kilka lat temu odnalazł mnie w Internecie i przyjechał do Mrągowa mój kuzyn z Mińska na Białorusi, Aleksander Huszcza. Przywiózł ze sobą rodowód. Okazuje się, że nasz ród wywodzi się ze starej szlacheckiej rodziny – mówi mrągowski hotelarz. Jej korzenie sięgają zamierzchłej przeszłości. Najstarsze, znane rodzinie Huszczów, zapisy są z 1550 roku. W drugiej połowie XVI wieku marszałek Franciszek Huszcza uwolnił razem ze swoimi synami 2.500 Polaków z niewoli. Dostał za to majątek w Oszmianach na Białorusi. Zygmunt II August podpisał akt nadania majątku gęsim piórem i czerwonym atramentem. – Nasz rodzinny herb nazywa się „Puchała”. Nie ma to teraz żadnego praktycznego znaczenia, ale fajnie jest się dowiedzieć, skąd nasze korzenie.

Pierwszy samodzielny kontakt Stanisława z motocyklem wydarzył się dość wcześnie, kiedy ten był jeszcze małym chłopcem. Ojciec dał mu szmatkę i pozwolił umyć swoją SHL-kę. – Od tamtej pory pucowałem jego motocykle i nie narzekałem, bo mi się to podobało. W 1960 roku ojciec pojechał do Warszawy, żeby kupić samochód. Czekaliśmy na niego i nie mogliśmy się doczekać. Wyobrażaliśmy sobie różne limuzyny, kiedy patrzyliśmy w dal drogi prowadzącej do Szczerbowa. W pewnym momencie zobaczyłem tuman kurzu i migocące refleksy odbitego słonecznego światła. Pomyślałem wtedy sobie: – „No, nareszcie”.

Stanisław patrzył wtedy jak tuman się zbliżał i refleksy były coraz wyraźniejsze, ale zbliżający się samochód wydawał mu się trochę za mały i za głośny. Kiedy zajechał na podwórko, okazał się być radzieckim motocyklem, Iżem 49 z 1951 roku. Był piękny. Błyszczał z każdej strony, bo cały był chromowany. – Ojciec był z niego dumny. Część tej dumy i splendoru spłynęło też i na mnie. Ale moja prawdziwa przygoda z motocyklami, taka tylko moja, zaczęła się w 1966 roku, kiedy poszedłem do przyzakładowej szkoły zawodowej, gdzie kształciłem się na masarza – dodaje Stanisław Huszcza. Musiał mieć czym dojeżdżać ze Szczerbowa do Rynu, dlatego kupił Simsona, takiego na pedały. Potem, rok później, WSK-ę 125. Jeździł nią do kwietnia 1969 roku, do czasu, kiedy poszedł do wojska.

Przez parę lat, po wyjściu z wojska, nie miał motocykli, aż kupił Junaka, potem Jawę i znów była przerwa. – Dopiero w 2002 roku kupiłem sobie nową Yamahę 650 Dragstar. Po dwóch latach, w 2004 roku, pojechałem nią na swój pierwszy poważny wyjazd, na IV Rajd Katyński. W rajdzie razem z nim brało udział 43 motocyklistów. – Wyruszyliśmy z Piaseczna, spod plebanii organizatora wyjazdu, księdza Wiktora Węgrzyna. Pierwszy przystanek był niedaleko, bo w Warszawie przy Grobie Nieznanego Żołnierza, gdzie złożyliśmy wieniec. Stamtąd przejechaliśmy honorowo przed pomnikiem marszałka Piłsudskiego w kierunku na Białystok.

Pierwszą noc uczestnicy wyprawy spali w Sokółce. Na drugi dzień odprawili ich błyskawicznie na granicy z Białorusią i nim nasz bohater zdążył się obejrzeć, w towarzystwie ekipy składał już kwiaty przy grobie polskich żołnierzy w Grodnie. – Potem pojechaliśmy do Lidy, gdzie przyjął nas burmistrz, a z Lidy do Mińska. W każdym z tych miast są groby polskich żołnierzy. Wszędzie tam zajeżdżaliśmy i składaliśmy kwiaty. W Mińsku nocowaliśmy w szkole milicyjnej.

Następnego dnia pojechaliśmy na grób polskich żołnierzy, na cmentarz Kuropaty, gdzie pochowano 7.000 polskich żołnierzy. Teraz Łukaszenka, nie bacząc na groby, wybudował w tym miejscu autostradę. Ale Polacy postawili tam 3.500 krzyży w nocy. Jak składaliśmy w tym miejscu kwiaty, to nad nami latały trzy milicyjne helikoptery. Byliśmy obserwowani, ale pojechaliśmy jeszcze pod Lenino. Zaprosiliśmy wtedy Polaków z Białorusi na ognisko. Jednak milicja ich do nas wieczorem nie dopuściła – opowiada dalej pan Stanisław. – Po przespanej nocy, pojechaliśmy w kierunku Katynia, cały czas pod eskortą milicji. Na granicy rosyjskiej trzymali nas do południa. W Rosji też jechaliśmy pod eskortą milicji.

W Katyniu nocowali dwie noce pod namiotami w lesie. Pilnowało ich trzynastu milicjantów. Zwiedzali Katyń i Smoleńsk. – Ze Smoleńska pojechaliśmy do Moskwy, z Moskwy do Dyneburga na Łotwę, a stamtąd do Wilna. W Wilnie byliśmy na Rossie. Ja odwiedziłem jeszcze rodzinę w Windziunach koło Szumska pod Wilnem i stamtąd przyjechałem do domu.

Cała podróż trwała 9 dni. Od tamtej pory pan Stanisław zwiedził motocyklem jeszcze kilka miejsc na Ziemi. Nie tylko w Europie. Ale tą pierwszą, katyńską podróż zapamiętał najbardziej.

Zdzisław Piaskowski

MASZ CIEKAWĄ INFORMACJĘ, ZROBIŁEŚ ZDJĘCIE ALBO WIDEO?
Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego?
PRZEŚLIJ WIADOMOŚĆ NA: redakcja@nowiny24.net