Dwie wyjątkowe kobiety

Janina Frydryszak (z torebką na lewej ręce)  i Janina Przyborowska - kobiety wyjątkowe. Fot. archiwum Ewy Krasuckiej

Janina przyjechała tuż po wojnie z Grójca do Nidzicy z nakazem pracy w ręce. Była młoda i ambitna. Praca nauczycielki w szkole podstawowej, gdzie uczyła wuefu  i przysposobienia obronnego, była dla niej wyzwaniem. Zawsze podkreślała, że uczyła wtedy nawet starszych od siebie uczniów. Już w trakcie pracy ukończyła, najpierw olsztyńskie SN, a potem historię na Uniwersytecie Gdańskim.


Zygmunt pochodził z Lubelszczyzny. Tam, po maturze, miał przygodę z Katolickim Uniwersytetem Lubelskim, ale po pierwszym roku studiów poniechał go na korzyść Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie ukończył filozofię. Były to czasy, kiedy proces decyzyjny młodych ludzi wspomagany był potrzebami kraju. Dlatego świeżo upieczony magister nie protestował, tylko wziął do ręki nakaz pracy i odważnie pojechał na Mazury do Kętrzyna. W Kętrzynie długo nie zabawił. Nie wiedział jeszcze wtedy, czemu ciągnęło go do Nidzicy, ale niebawem go olśniło.

Właśnie tam los postawił na jego drodze Janinę. I teraz, choć już bez nakazu, też nie protestował, i nie złorzeczył. Ba, dziękował losowi, bo Janina była piękna i mądra, i nic dziwnego, że się zakochał. Ten czarodziejski stan zawładnął też jego dziewczyną. Zaczarowali się nawzajem. Nie trzeba już było długo czekać. Szybko wzięli ślub i zamieszkali razem w małym mieszkanku. Powstało wtedy w Polsce nowe państwo; państwo Zygmunt i Janina Frydryszakowie (Frydryszak po mężu).

Było biednie, jak wszędzie wkoło, ale oni dorobili się własnego inwentarza. Janina opowiadała o tym, po latach, z uśmiechem na ustach: – W Nidzicy mieliśmy z Zygmuntem swoje myszy, które spacerowały gęsiego po poręczy łóżka, kiedy spaliśmy.

Nie wiadomo czemu. Może dlatego, że myszy były zbyt chude. Nikt nie chciał kupować ich inwentarza i brakowało im pieniędzy, a Janina musiała mieć szpilki do tańca. Młodzi małżonkowie doskonale tańczyli i wiedzieli, że taniec bez szpilek gubi wdzięk i szyk. Szpilki być musiały. Dlatego Janina pożyczyła pieniądze od kolegi matematyka i jeszcze przed wyjazdem do Mrągowa w 1956 roku zatańczyli razem na balu.

On wysoki, szczupły i przystojny jak torreador  z jasną grzywą, zaczesaną do góry. Ona zgrabna i wyprostowana jak struna w beżowej obcisłej sukience i w nowiusieńkich delikatnych szpileczkach. Stanęli naprzeciwko siebie i czekali na pierwsze takty. Orkiestra zaczęła cichutko grać, a oni nawet nie drgnęli… czekali. Kiedy pierwsze dźwięki ucichły, sala wypełniła się wyczekiwaniem. Trwało to chwilę, aż muzycy się nastroją i dopiero teraz zaczęli grać tango. Zygmunt zbliżył się zdecydowanym, tanecznym krokiem do partnerki, podał jej lewą dłoń, a prawą objął delikatnie jej plecy powyżej wąziutkiej talii. Ruszyli w tan, jak para zawodowych tancerzy. Prowadził Zygmunt. Było widać, że Janina ufa partnerowi. Rozumieli się w tańcu, jakby byli ze sobą od zawsze. Kiedy skończyli, otrzymali brawa na stojąco od kolegów i koleżanek. Jeszcze podczas balu pożegnali się z przyjaciółmi i za kilka dni wyruszyli do Mrągowa.

W Mrągowie zamieszkali w internacie ogólniaka. Nic w tym dziwnego, bo Zygmunt został nauczycielem języka polskiego, właśnie w ogólniaku, a Janina nauczycielką początkowych klas  szkoły podstawowej. Cała ta szkoła była dziwnym tworem. Podstawówka i ogólniak były jedną szkołą. Zarządzał nią ten sam dyrektor. Nazywaliśmy ją „Jedenastolatką”. Każdy powiat w tamtym czasie miał jedną taką zespoloną szkołę, a nasza miała kolejny numer 14.

Po upływie roku od przyjazdu państwa Frydryszaków do Mrągowa, przyszła na świat ich córeczka, Ewa. To było ważne wydarzenie w ich życiu. Ewa była i pozostała jedynaczką. Teraz jest lekarzem laryngologii.

Kiedy Ewa ukończyła siódmy rok życia, poszła do pierwszej klasy, do „Jedenastolatki”, właśnie. W tej samej klasie znalazłem się i ja. Na początku roku szkolnego siedziałem z Ewą w pierwszej ławce, ale około półrocza siedzieliśmy oboje już w różnych ławkach.

Początkowe lata szkoły podstawowej, to był wyjątkowy czas. Działo się tak za sprawą pani Janiny. To ona prowadziła w godzinach popołudniowych kółko taneczne. Stworzyła dziecięcy zespół tańca ludowego. Mieliśmy piękne ludowe stroje i po wielogodzinnych próbach przeżywaliśmy stres i tremę przed występami. Przeżywaliśmy też dzięki temu radość zwycięstwa, kiedy wszystko wyszło i wstyd porażki, kiedy nie wyszło. Pamiętam doskonale taki przypadek, gdy ktoś z nas pomylił taneczne figury podczas występu i stanął  w kącie sceny, a my jak owieczki stanęliśmy za nim, zawstydzeni i nie mieliśmy ani odwagi, ani siły, aby tańczyć dalej. Nasza Pani (Janina) zebrała nas wtedy do kupy i zaczęliśmy od nowa, aż się udało. To ona pokazała nam litery i nauczyła nas czytać i pisać. Była bardzo ciepłą i opiekuńcza kobietą. Pracowała w duecie z Janiną Przyborowską, która też miała duży wpływ na nasze postawy. Obie panie doskonale się rozumiały.

Pozostawiliśmy na chwilę pana Zygmunta samego sobie, ale już do niego wracamy. To on uczył mnie przez 4 lata języka polskiego w liceum. To on powtarzał nam często: „Jesteście jak te konie dorożkarskie, które, osłonięte klapkami, patrzą tylko przed siebie i nic szerzej nie widzą”, albo „Świderek, lejek i olejek” do leniwych uczniów. Pan Zygmunt był erudytą i uczył tak, że otrzymywał pochwały od profesorów uniwersyteckich za  doskonałe przygotowanie swoich uczniów do studiów.

Jego uczniowie osiągali sukcesy zawodowe, że wspomnę profesora Bogdana Burdzieja z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika.

Pamiętam, kiedy szedłem do ogólniaka na swój pierwszy egzamin maturalny z języka polskiego i wchodziłem do parku z osiedla o tej samem nazwie. Spotkałem tam idącą do pracy  Janinę Frydryszak. W tamtym czasie pracowała  już w Zespole Szkół Zawodowych. Uśmiechnęła się wtedy do mnie i powiedziała: – Zdzisiu, życzę ci połamania pióra – i nie wiem czy mi to pomogło, czy zgoła inne okoliczności, ale maturę zdałem, a pióro staram się łamać jeszcze do dziś.

Pod koniec lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku pani Janina była przez półtora roku dyrektorem tak zwanego Małego Domu Dziecka w Mrągowie, a w 1981 roku przeprowadziła się z mężem do Olsztyna. Tam pracowała w Zespole Szkół Elektronicznych, a pan Zygmunt został wizytatorem i uczył jeszcze w trzecim LO.

Oboje już odeszli. Zygmunt Lechosław Frydryszak w 2003 roku , a jego żona, Janina, niedawno, 1 stycznia 2020 roku.

Na pożegnanie pani Janiny, do Olsztyna przyjechało wielu jej byłych uczniów. Pożegnałem ją i ja razem z Mariolą Adamowicz (obecnie – Marią Foks) z którą, jak i z Ewą Frydryszak (obecnie – Ewą Krasucką), chodziliśmy razem do tej samej klasy w podstawówce. Później, już w ogólniaku, porozrzucali nas do różnych klas.

Pani Janina odeszła spełniona i jest to kolejne wydarzenie z jej życia. Bo śmierć jest  częścią życia. I nie chodzi tu o stawianie pomników. Myślę, że warto jest powspominać i oddać cześć ludziom, którzy nas obdarowali. To Oni podzielili się z nami swoimi umiejętnościami i przyzwyczajeniami, nauczyli nas posługiwania się językiem i podarowali nam swoją kulturę. Żyją w naszej pamięci i będzie tak dopóki my nie odejdziemy.

Zdzisław Piaskowski

MASZ CIEKAWĄ INFORMACJĘ, ZROBIŁEŚ ZDJĘCIE ALBO WIDEO?
Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego?
PRZEŚLIJ WIADOMOŚĆ NA: redakcja@nowiny24.net